Prenumerata 
krajowa i zagraniczna
to najprostszy
i najpewniejszy sposób
otrzymywania GŁOSU
 
Felietony

Obrazki

Pogadały baby w maglu ... 

Pięć pań i jeden pan plotkuje na potęgę. Tak wygląda seryjny program publicznej telewizji pod tytułem: Co pani na to? Mówi się o wszystkim - tematy przerastają jednak intelektualne możliwości uczestniczek. Świadczą o tym odezwania w stylu: ja o tym nic nie wiem, ale uważam, że..., albo całkiem konkretnie: będzie można o tym powiedzieć, kiedy już prokuratura [!?] wyda wyrok... Jest to zapewne program, w którym telewizja realizuje coś, co nazywa swoją “misją”. W tym przypadku “misja” polega na zapoznawaniu telewidzów z poglądami niegdysiejszych blondynek.

UE nam niczego nie narzuci...

“Euroentuzjaści” oburzają się, kiedy “eurorealiści” domagają się obustronnie potwierdzonego dokumentu o prymacie polskiego prawa w zakresie moralności, ochrony życia i rodziny. Zwracają przy tym uwagę, że deklaracja jednostronna, którą złożył rząd do traktatu akcesyjnego, jest niewystarczająca. Takie jest też zdanie Kościoła, wyrażone w oficjalnym dokumencie Episkopatu. “Euroentuzjaści” twierdzą, że i tak UE niczego nam nie może narzucić. Poseł Gadzinowski (SLD) ujął sprawę inaczej. Powiedział po prostu: UE nam niczego nie narzuci, bo sami uchwalimy ustawę aborcyjną - ale dopiero po referendum [cytuję z pamięci - MKS]. 

Strach, czy tylko obawa?

Pierwsza seria przesłuchań przed sejmową komisją śledczą kogoś zaniepokoiła. I ten ktoś pociągnął z sznurek. Być może sprawa posła Kopczyńskiego (LPR) nie ma z tym związku. Być może sprawa posła Smolany (Samoobrona) też jest zupełnie odrębnym przypadkiem, tak samo zresztą jak i sprawa posła Kalisza (SLD). Ale niezwykła zbieżność tych trzech przypadków niedwuznacznie wskazuje, że to nie są zdarzenia niezależne. Czyżby komisja na tyle zbliżyła się do sedna sprawy, że trzeba ją pozbawić siły i czegoś w rodzaju wiarygodności? Ot tak, na wszelki wypadek. Nocą, w “pałacu prezydenckim [?]” dwie skłócone grupy zawarły porozumienie. Słusznie ktoś porównał to z ugodą konkurencyjnych mafii. Nieposłusznym pogrożono - zupełnie jak w gangsterskim filmie.

Winiety

Kiedy to piszę, ustawa o “winietach”, czyli opłatach za poruszanie się po naszych pełnych dziur drogach, została odrzucona przez Sejm w pierwszym czytaniu. Nie ma pieniędzy na drogi. To prosta konsekwencja faktu, że Polską rządzą ci sami ludzie, którzy w ciągu ostatniego półwiecza już kilkakrotnie doprowadzili naszą gospodarkę do kryzysu. Ale sposób pozyskania i wydawania pieniędzy, jaki zaproponowali, był kuriozalny. Z każdej złotówki 30-40 groszy szłoby na “gwizdanie” (zaprojektowanie, druk i rozprowadzanie “winiet”, utworzenie specjalnego przedsiębiorstwa oraz administrowanie całym przedsięwzięciem). Co więc skłaniało do tego pomysłu? Przyczyna była prosta: nowe przedsiębiorstwo to jeszcze jedna rada nadzorcza, zarząd, dyrektorzy, doradcy itd. itd. Ilu to krewnym i znajomym królika taka ustawa zapewniłaby dostatnie życie! 

Popisy p. B. Grabowskiego 

Pan B. Grabowski, członek naszej słynnej Rady Polityki Pieniężnej, zapytany o reformowanie finansów państwa, jedyny ratunek widział w ograniczeniu wydatków socjalnych i wstrzymaniu waloryzacji emerytur. Czyli, jak zwykle, kosztem najbiedniejszych. Przypomnę, że nie tak dawno o swoją kilkudziesięciotysięczną pensję walczył w sądzie. 

Mój pomysł

Mam inny pomysł, wzorowany na chińskiej tradycji płacenia lekarzom, kiedy jest się zdrowym i wstrzymywania im pensji, kiedy się choruje. Otóż nasi wybitni ekonomiści i mężowie stanu powinni być pozbawiani zarobków, jeśli ich działania są nieskuteczne a przewidywania błędne. Tow. Balcerowicz straciłby pobory już po pierwszym półroczu swej działalności (twierdził, że kryzys będzie trwał tylko 6 miesięcy!), premier tow. Miller od końca zeszłego roku nie dostawałby poborów (bezrobocie miało maleć!) a członkowie Rady Polityki Pieniężnej nie zarobiliby nigdy ani grosza (nigdy trafnie nie przewidzieli inflacji!). Oszczędności byłoby bez liku. 

MACIEJ K. SOKOŁOWSKI

Felietony

Kwadratura Koła

Szczęśliwego bociana

Takim życzeniem skończył swój wykład o wsparciu ze strony państwa leczenia niepłodności prof. Szymański z Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Już małe dzieci wiedzą, że nie przyniósł ich bocian. No cóż, chyba profesor został znaleziony w kapuście... I stąd takie słowa.
W Kancelarii Premiera odbyła się sesja naukowa na temat “In vitro – nadzieje i zagrożenia”. Zebrała się liczna grupa naukowców, były feministki, prelegenci, którzy udowadniali dobrodziejstwo tych metod. Wszyscy w jakiś sposób związani z lewicą. Nie było nikogo z licznych stowarzyszeń i federacji obrony życia. Jednym, ciągle powtarzanym argumentem, przez który nie ma w Polsce dotacji na in vitro, był opór i zakaz Kościoła katolickiego. Nikt tam nie powiedział, że to są doświadczenia na człowieku. Mówiono o zarodkach, blastocystach, mrożeniu zarodków, wszczepianiu gamet. A to chodzi przecież o człowieka!
Metoda in vitro pomaga w leczeniu niepłodności. Najpierw trzeba wyindukować owulację. Za pomocą punkcji jajników pobierane są komórki jajowe do probówki z płynną odżywką. Tam podaje się odpowiednio przygotowane plemniki. Wszystko to obserwowane jest pod mikroskopem. Zapłodnieniu podlega zazwyczaj 60 proc. komórek. Jeśli doszło do zapłodnienia, wówczas pacjenci dowiadują się telefonicznie o liczbie zapłodnionych komórek i terminie embriotransferu. Transfer przeprowadza się po 72 godzinach po punkcji za pomocą laparoskopu. Jako blastocysta zagnieżdża się w błonie śluzowej. W dziewięć miesięcy później, zgoła w innej postaci pojawia się na świecie. 
Opis tak bardzo techniczny, że nie sposób jest domyśleć się, że chodzi o początek nowego życia. Początek życia dziecka. 
Wiele takich opisów można było usłyszeć podczas owej konferencji poświęconej niepłodności i leczeniu jej. Miała ona uświadomić jak duża jest liczba par, które nie mogą mieć dzieci. A w tym ma pomóc sztuczne zapłodnienie. No i, oczywiście, takie techniki wspomaganego rozrodu mają być finansowane z kieszeni podatnika. 
Konieczne jest refundowanie z budżetu państwa leków i procedur służących leczeniu niepłodności u około pół miliona Polaków – stwierdziła minister ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Ta sama, która z uporem maniaka domagała się wpisania na listę leków refundowanych – środków antykoncepcyjnych, które lekami nie są!
Jakich argumentów używali naukowcy, aby przekonać o potrzebie stosowania metod in vitro? Otóż, jak wynika z amerykańskich badań, na 150 dzieci urodzonych (normalnie) 1 rodzi się w skutek sztucznego zapłodnienia. Dlatego trzeba to wprowadzić w Polsce, bo: przeliczając na 300 tys. urodzonych dzieci w ubiegłym roku, gdyby można było pomóc niepłodnym parom, urodziłoby się 2 tys. dzieci w skutek in vitro. A przecież od 1999 roku GUS odnotował ujemny przyrost naturalny. Takie metody spowodowałyby, że mielibyśmy o 2 tysiące dzieci więcej! Zapomniano tylko dodać, że pozytywne zakończenie, czyli urodzenie jednego dziecka w skutek sztucznego zapłodnienia, opłacone jest zabiciem kilku innych nie wszczepionych zarodków. Są zamrażane lub po prostu wyrzucane. Należy tylko dodać, że tylko w Anglii w zamrażarkach znajduje się ponad 300 tys. embrionów. Nikt ich nie wykorzystuje, a to przecież jest życie!
My mielibyśmy dwa tysiące dzieci więcej! 
Ciekawe wytłumaczenie. Najpierw wprowadza się środki antykoncepcyjne, które powodują niepłodność dla wygody. Później, gdy zapada decyzja o posiadaniu dziecka (kolejnej “rzeczy”, po pracy, mieszkaniu czy samochodzie) okazuje się to niemożliwe. I co wtedy? Płacz i szukanie pomocy u lekarzy! Właśnie takim parom mają pomóc techniki wspomaganego rozrodu. I kolejne pieniądze w kieszeni podatnika na sztuczne zapłodnienie i sprostanie oczekiwaniom przyszłych rodziców. Tylko, dlaczego z naszych pieniędzy?
Jakie to są kwoty? Zdaniem naukowców wystarczy 0,39 proc. z funduszu zdrowia rocznie – czyli jakieś 224 mln zł. W sytuacji, gdy mamy kryzys finansów publicznych, likwiduje się zasiłki dla bezrobotnych, zasiłki porodowe, taka kwota budzi zastrzeżenia. 
JOANNA MAZAN
Felietony

Na sportowo i nie tylko

Przeskoczył boisko piłkarskie tam i z powrotem

Złote loty Małysza w radio

22 lutego 2003 roku. Tę datę warto zapamiętać. W Val di Fiemme Adam Małysz zdobył tytuł mistrza świata na dużej skoczni w Predazzo. Stacje telewizyjne przerywały nudnawe wiadomości, a honorowy obywatel Wisły był na ustach wszystkich. Polska oszalała z radości.
Nie zaspały też Kancelarie Aleksandra K. i Leszka M. - z obu pchnięto w kierunku Włoch telegramy gratulacyjne.
To się tak łatwo mówi: jeden skok na odległość 134 metrów i drugi sięgający 136 metrów. Nie trzeba mieć wyćwiczonej wyobraźni, by pojąć, co Małysz potrafi. Te skoki można porównać do dwukrotnego przeskoczenia dwóch boisk piłkarskich.
Dwoma skokami oddanymi w Predazzo as atutowy polskiego narciarstwa przeciął wszelkie krytyki kierowane pod adresem i jego, i trenera Apoloniusza Tajnera. A malkontenci kręcili nosami, choć pan Adam był ciągle w czołówce. Słyszałem już nawet głosy, iż Tajner jest dobrym szkoleniowcem, ale tak na dobrą sprawę, to nie wie, dlaczego Małysz jest aż tak wybitnym zawodnikiem. Cóż za bzdura!
W trakcie dyskusji o formie i szansach podopiecznego trenera Tajnera dowiedziałem się, iż dość liczna grupa osób podziwia naszego skoczka, ale z dezaprobatą wypowiada się o jego zarobkach. Takich osobników Józef Piłsudski zwykł był nazywać szują zbiorową i to określenie pasuje jak ulał do tych, którzy Małyszowi zaglądają do portfela. Pan Adam dołączył do grupy bogatych Polaków, a jego zasoby finansowe zostały wypracowane solidną pracą, nie zaś ukradzione, wygrane czy skręcone oscylatorem. Uważam, iż za to, co zrobił (a z pewnością jeszcze i zrobi) dla Polski, powinien otrzymywać jeszcze więcej. Skoro w miarę dobry piłkarz angielski zarabia czterdzieści tysięcy funtów tygodniowo, to o czym tu mówić.
Zaplanowałem sobie, iż skoki Adama Małysza w Predazzo zobaczę zasiadłszy przed telewizorem. Zazwyczaj oglądam owo pudło wraz z moim psem. Niechże i zwierzę ma trochę rozrywki. Plany spaliły na panewce, bo od czasu, gdy w telewizorni godzinami przypatrywać się można gadającym od rzeczy głowom, mój pies ogłosił bunt i woli swój tapczanik od wygodnego fotela.
Zostało mi radio, ale nie żałuję tego, iż Małysza dopingowałem na odległość w teatrze wyobraźni. Redaktor Tomasz Zimoch wzbijał się na wyżyny swoich umiejętności, a w studio głosem spokojnym, rzeczowo i piękną polszczyzną komentował wyczyny Małysza nestor polskiego dziennikarstwa sportowego, redaktor Bohdan Tomaszewski. Do udziału w radiowym spektaklu zaproszono przebywającego w Chicago Wojciecha Fortunę, mistrza olimpijskiego z Sapporo z roku 1972.
Redaktor Tomaszewski z wdziękiem połączył wydarzenia sprzed lat trzydziestu z emocjami, których byliśmy świadkami. Mistrz Fortuna tryskał niepoprawnym optymizmem i gdy jeszcze nic nie było wiadomo, on już po pierwszej serii skoków, minimalnie wygranej przez Matti Hautamaekiego, ogłosił, iż wygra Małysz.
Seria druga. Zdumiewa słaba postawa zawodników niemieckich i austriackich. Wreszcie dwa ostatnie skoki. Emocje sięgają zenitu. Po idealnym locie Małysz bije rekord skoczni osiągając owe 136 metrów. Na szczycie skoczni pojawia się Hautamaeki. Piękny skok i odległość 133,5 metra. Nie sądzę, aby Fin nie wytrzymał nerwowo. Po prostu tego dnia nasz zawodnik był najlepszy.
Moje radio rozgrzało się do czerwoności, ale o jego stan techniczny jestem spokojny. Wszak to odbiornik radziecki, a sowieckie urządzenia mają to do siebie, że albo się nie psują, albo wybuchają. Jak przed laty słynne “Rubiny”...
Słyszę triumfujący głos Wojciecha Fortuny: a nie mówiłem, dziś Adam musiał wygrać.
Tomasza Zimocha nie słychać, bo ochrypł.
Bohdan Tomaszewski nie kryje zadowolenia i podziwu.
Później obejrzałem sobie w telewizji skoki Małysza - nie na żywo, tylko w powtórkach. Ale przy sprawozdaniach radiowych już chyba zostanę. Bo to właśnie z nich dowiedziałem się, iż czasami skoczkowie zamieniają się w krawców, sami szyjąc i fastrygując swe kombinezony tak, by w zgodzie z regulaminem zwiększyć ich powierzchnię nośną.
W przerwach między udoskonalaniem kostiumu i odprawami technicznymi Adam Małysz przy pomocy laptopa łączy się z rodziną i choć czasami dzielą ich setki kilometrów, mogą być razem.
Czekaliśmy cierpliwie na naszego mistrza świata i doczekaliśmy się. W dwa dni po zwycięstwie na dużej skoczni odebrał medal, otrzymał kunsztowną kopię skrzypiec Antonio Stradivariusa i wysłuchał naszego hymnu narodowego.
Do końca rozgrywek Pucharu Świata jeszcze daleko. Podobno pan Adam jest ciągle w znakomitej formie. Przed nami kolejne emocje.
No i proszę. Jeden chudziutki, skromny i wspaniały sportowiec, a tyle ambarasu.
JAN TRAWIŃSKI
P. S. Sześć dni później Adam Małysz zdobył kolejne mistrzostwo świata. Pobił rekord średniej skoczni. Skoczył 104 oraz 107,5 m.
 
 
Obrazki 
Macieja K. Sokołowskiego
Kwadratura Koła
Joanny Mazan
Felienton 
Jana Trawińskiego
Inne materiały 
w gazetowym wydaniu
Do nabycia w koskach lub za pośrednictwem 
prenumeraty redakcyjnej