Prenumerata 
krajowa i zagraniczna
to najprostszy
i najpewniejszy sposób
otrzymywania GŁOSU
 
Pełny tekst
Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści

Nieudolnie i dowolnie

Mętność definicji, brak zobiektywizowanej metody, pomijanie argumentacji, przedstawianie dowolnych wniosków jako rzekomo udowodnionych zamieszczoną w pracy “dokumentacją” – to zarzuty, które z formalnego punktu widzenia podważają wartość Raportu o mowie nienawiści Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli. Ta nieudolność metodyczna wraz z chaosem myślowym oraz nierzetelności w przedstawianiu i interpretowaniu zamieszczonej w raporcie dokumentacji pozwalają zadać pytanie o racje wsparcia tak niechlujnie przygotowanej pracy przez Instytut Studiów Politycznych PAN. 
Obszerna praca Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli zatytułowana “Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści” z założenia ma być wyrazem sprzeciwu autorów wobec zjawiska, które - ich zdaniem - stanowi duże zagrożenia dla życia publicznego w Polsce. Zjawisko to – wspomnianą w tytule “mowę nienawiści” - przedstawiają oni, analizując publikacje pięciu czasopism: “Naszego Dziennika” (228 cytatów), “Naszej Polski” (199), “Głosu” (114), “Tygodnika Solidarność” (45) i Najwyższego Czasu” (44). Przedsięwzięcie przeprowadzenia badań i wydania książki firmowane jest przez “Otwartą Rzeczpospolitą – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii”. 

Pozory naukowości

Praca nie warta byłaby wspominania, gdyby nie dwa fakty. Sugeruje się, że jest to praca naukowa, a przynajmniej oparta na badaniach, które winny zapewnić jej obiektywność i publiczną wiarygodność. Jednym z finansowych sponsorów jest Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Charakter pracy może sugerować, że oto mamy do czynienia z jakimiś rzetelnymi i żmudnymi procedurami, jeśli nie naukowymi, to w każdym razie paranaukowymi, zdaje się, że autorzy i wspierające ich środowisko liczą, iż będzie się można w przyszłości powoływać na tę pracę i badania, jako takie, które coś udowodniły. Może się więc zdarzyć – choć poziom publikacji znacznie zmniejsza taką ewentualność – że w obiegu społecznym, wśród osób, które nie miały styczności z książką pojawi się schemat myślowy, że gdzieś zostało wykazane, iż wspomniane wyżej pisma posługują się jakąś bliżej nieokreśloną “mową nienawiści”. I taki – jak się wydaje – był jeden z celów publikacji. Mimo więc, że sama praca Kowalskiego i Tulli nie zasługuje na uwagę, gdyż jest po prostu słaba metodycznie, wątła w argumentacji i wyziera z niej monotonny i jednowymiarowy szew ideologiczny, to jednak warto podać ją krytyce z uwagi na towarzyszącą jej otoczkę “naukowości”. Przedmiotem niniejszej krytyki będzie przedstawienie mielizn formalnych. Świadomie więc pominiemy całą warstwę ideologiczną i kontekst, w którym mieści się działalność Otwartej Rzeczpospolitej – Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii. 
W tym miejscu chcę jedynie wykazać, że jest to bubel, który nie tylko nie spełnia kryteriów naukowości – być może autorzy broniliby się twierdząc, że nie jest to praca oparta na badaniach naukowych – ale również łamie zasady poprawnego i rzetelnego myślenia oraz uczciwości intelektualnej. 

Czytelniku zrób to sam

Tym co uderza, już od pierwszego zetknięcia się z książką, jest brak przejrzystości. Całość liczy 548 stron z czego 446 strony stanowią wypisy ze wspomnianych pięciu czasopism: “Naszego Dziennika”, Naszej Polski”, “Głosu”, “Tygodnika Solidarność” i “Najwyższego Czasu”. Autorzy twierdzą, że książka jest “materiałem źródłowym”. Cytaty są różnej wielkości: od dłuższych, kilkuakapitowych po jednozdaniowe, a nawet zawierających fragmenty jednego zdania czy tylko śródtytuł. Te cytaty mają coś, zdaniem autorów, pokazywać. Problem w tym, że zwykle są wyrwane z kontekstu, a to, co rzekomo mają pokazywać, trzeba dopiero wyczytać z zamieszczonego obok komentarza, który zarazem jest interpretacją i oceną. Czytelnik książki Kowalskiego i Tulli nie jest w stanie sprawdzić rzetelności dokonywanych na marginesie uwag. A powinien. Zwłaszcza, kiedy zauważy, w jaki sposób sami autorzy widzą ich rolę.

(...) ich głównym zadaniem jest wydobycie nie zawsze widocznych na pierwszy rzut oka, umykających przy pobieżnym czytaniu warstw znaczeniowych. Zauważenie ich wymagało wielokrotnej lektury i porównywania obserwacji. (s. 12)

W tej sytuacji to, co stanowi główną partię książki i na czym opiera się jej moc dowodowa, czyli “dokumentacja”, wcale nią nie jest. Nie ma bowiem możliwości sprawdzenia rzetelności dokonywanych przez autorów interpretacji. Wnikliwego czytelnika postawiono bowiem przed czasochłonnym, żmudnym i wymagającym wiele cierpliwości zadaniem – samodzielnym dotarciem do źródeł, to znaczy do archiwaliów wspomnianej prasy. Inaczej pozostaje tylko uwierzyć interpretacjom i ocenom Kowalskiego i Tulli. 
Wrażenie nierzetelności związane z dziwacznym doborem cytatów i ich fragmentarycznością potęguje chaos układu. Cytaty zamieszczone są chronologicznie a nie zgrupowane według kryteriów przedmiotowych bądź formalnych, co dodatkowo jeszcze obniża ich wartość jako argumentów. Taki układ był zapewne najłatwiejszy i najwygodniejszy dla autorów, ale jest najtrudniejszy dla czytelnika a ponadto – co uważam za najważniejszy zarzut – stwarza szerokie pole do nadużyć interpretacyjnych. Potem następuje charakterystyka “mowy nienawiści” oparta na tej niby-dokumentacji. Buduje się więc gmach na czymś, o czym tyko autorzy sądzą, że jest jakimś argumentem. “Książka ta jest przede wszystkim materiałem źródłowym i tak powinna być traktowana” – piszą autorzy we wstępie. Tymczasem już sama jej struktura okazuje się tylko pewnym zabiegiem zasłaniającym jej braki formalne.

Mętnie na początku – bezładnie na końcu

Wspomniane wyżej braki formalne ułatwiają wprowadzenie do obiegu wieloznacznego i mętnego terminu “mowa nienawiści” bez usunięcia jego niedostatków.

W sensie potocznym mową nienawiści jest każda wypowiedź lżąca, wyszydzająca i poniżająca jednostki bądź grupy (s. 21).

Nigdzie jednak nie wyjaśnia się, co ma znaczyć “lżenie”, “wyszydzanie” czy “poniżanie”. Efekt jest taki, że samo użycie nazwy ogólnej “homoseksualista”, “Żyd”, “Niemiec” zostaje sklasyfikowane jako sugerujące poniżenie i tak zinterpretowane. Autorzy próbują się asekurować nazywając tę definicję “potoczną”, nigdzie jednak nie podają innej, “precyzyjnej”. Definicja pierwotna pozostaje więc ostateczną. Wprowadzają wprawdzie charakterystykę “mowy nienawiści”, ale jest ona równie dowolna i niejasna jak definicja, nie wiadomo też według jakich kryteriów została sporządzona. Oto ona.
“Mowa nienawiści” 
1. jest skierowana do zbiorowości a nie do jednostek,
2. dotyczy zbiorowości szczególnego typu, a więc takich, których się nie wybiera (do tej kategorii autorzy zaliczają kolor skóry, płeć, kalectwo [!], ale również preferencje seksualne czy religię), 
3. funkcjonuje ona w świecie wyobrażonym i sama wyznacza swoje cele

Nie sposób w świetle tej “definicji” i jej charakterystyki określić zakres terminu “mowa nienawiści”. Z jednej strony formułuje się bardzo poważny zarzut – zwłaszcza, jeśli stosuje się go wobec ludzi, którzy przyznają się publicznie, że są katolikami. Z drugiej zaś strony - właściwie nie wiadomo, czego on dotyczy. 
Czy wspomniana tu nienawiść to intencja tych, którzy tworzą tę mowę, a może skutek, jaki wywołują w społeczeństwie? Zapewne chodzi o skutek zamierzony, ale czy niezamierzony również? Jeśli ktoś np. odmawia homoseksualistom prawa do legalizacji ich związku, co wywołuje ich zrozumiałą niechęć – to czy to już jest “mowa nienawiści”? Zapewne w mniemaniu autorów raportu – tak. Ale przecież w takim przypadku ten, kto odmawia równych praw homoseksualistom wcale nie musi kierować się nienawiścią do nich. Co więcej, może odnosić się do nich ze zrozumieniem - jako do ludzi.
Znamienne jest, że autorzy raportu sami są świadomi, że trudno uchwycić zło tak zdefiniowanej “mowy nienawiści” i dlatego też wolą wypływać na szerokie wody, gdzie króluje dowolność i brak obiektywnych kryteriów. Zapewne z tego właśnie względu unikają form wyrazistych, a zwłaszcza kwalifikacji prawnej takich czynów.

Do tak zdefiniowanej mowy nienawiści nie zaliczamy agresywnego w formie kłamstwa, o ile nie było ono wkomponowane w szerszy, spełniający przyjęte kryteria kontekst. Nie uważamy też za konieczne, by uwzględnione przez nas napaści słowne na tle rasowym, etnicznym i religijnym, mówiąc językiem prawniczym, wyczerpywały znamiona czynu zabronionego z art. 256 i 257 kodeksu karnego. Podajemy badaniu zjawisko znacznie szersze, obejmujące to, co wymyka się sądom i kodeksom, podlega zaś osądowi i sankcjom moralnym. (.s. 23)

Skoro autorzy raportu podają się za moralistów, to wypadałoby, aby przedstawili kryteria, na których opierają oni swoją moralność oraz racje, które upoważniają ich do narzucania tych zasad innym. 

Bez dowodu

Brak kryteriów i dowolność definicji nie przeszkadzają jednak stwierdzić Kowalskiemu i Tulli, że z analizowanych pism wydobyli “ogromne pokłady mowy nienawiści”. Wniosek ten łatwo wyciągnąć, jeśli w taki sposób charakteryzuje się autorów tekstów.

Dla autorów badanych pism nie jest ważne, czy lżony, wyszydzany i poniżany z powodu należenia do jakiejś zbiorowości rzeczywiście do niej należy – czy naprawdę jest Żydem, Ukraińcem lub homoseksualistą – gdyż przedmiotem ich zainteresowania nie są prawdziwi ludzie, tylko wizerunki, mianowani i wyposażeni z stereotypowe cechy “Żydzi”, “Ukraińcy”, ”homoseksualiści”. (s. 22) [podkreśl. moje – W.S.]

To zdanie dobrze oddaje metodę, jaką posługują się autorzy raportu. Lubią pływać w mętnej wodzie, w której można złowić każdą rzecz, pod warunkiem, że się ją wcześniej tam wrzuci. Tak bowiem trzeba określić procedurę, w której tworzy się definicję zjawiska “mowa nienawiści”. Najpierw wrzuca się do definicji interpretację, którą potem wyciąga się jako wniosek. Kowalski i Tulli zapomnieli udowodnić to, co jest przedmiotem opracowania, a więc, że mamy tu do czynienia ze złymi czynami. Wówczas trzeba jednak wskazać ich sprawców - w sposób konkretny, a nie zbiorczy. Sami nie przeprowadzają jednak żadnych dowodów, bo jak oskarżać kilkudziesięciu (kilkuset?) autorów na raz, nie poddając się pod łatwy zarzut, że stosuje się odpowiedzialność zbiorową. 
Trzeba również pokazać zło. Ale jak to zrobić, skoro autorzy raportu w ogóle nie odnoszą się do rzeczywistości, nie sprawdzają czy stawiane zarzuty są zgodne z prawdą. Oni Z GÓRY WIEDZĄ, że to, co krytykują, jest złe. W żadnym przypadku nie mamy do czynienia z próbą weryfikacji. Ta metoda doskonale obywa się bez konfrontacji z rzeczywistością i bez stosowania kryterium prawdy do badanych zjawisk. Kowalskiego i Tulli nie interesuje prawda o wydarzeniach w Jedwabnem, nie obchodzą ich fakty i dane związane z negocjacjami akcesyjnymi przed przystąpieniem Polski do UE, nie interesuje ich, jakie racje przedstawiają przeciwnicy tolerancji dla “odmiennych orientacji seksualnych”. Autorzy raportu nie potrzebują niczego udowadniać, nie dają żadnej merytorycznej argumentacji – oni jedynie podają wnioski, a tzw. dokumentacja to jedynie ilustracja tez, których nikt udowadniać nie ma zamiaru ani potrzeby. 

Wyrozumiałość dla “NIE”

Tematem raportu jest “mowa nienawiści”. Znamienne jest jednak, że każde z pięciu pism, które stały się przedmiotem analizy należy do nurtu, który w popularnym rozumieniu określa się jako “prawicowy”. Dlaczego dokonano tak jednostronnego wyboru? Warto przytoczyć wyjaśnienie, dlaczego ominięto “lewicę”.

Istniały jednak powody, by zająć się w pierwszym rzędzie mową nienawiści w prawicowym wydaniu. Nie zamierzaliśmy rozstrzygać, kto więcej wyrządził w Polsce i w Europie zła – lewica czy prawica. Nie chcieliśmy angażować się w spory polityczne jako strona. Ale łatwo zauważyć, że te liczące się środowiska, które przyznają się do lewicowości, dawno porzuciły marksistowsko-leninowski mit walki klas, podczas gdy radykalnonarodowa prawica ciągle operuje tradycyjnymi, wykluczającymi kategoriami ziemi, rasy, etnicznego narodu i jedynej prawdziwej wiary. (s. 26)

Może takie sądy wynikają z naiwności i niezrozumienia doraźnej funkcji ideologii dla “lewicy”? Kto chciałby tak myśleć, może szybko pozbyć się złudzeń, kiedy przeczyta, w jaki sposób autorzy raportu uzasadniają taryfę ulgową dla tygodnika “Nie” Jerzego Urbana. 

Wierzyliśmy, że mowa nienawiści w libertyńskim wydaniu nie jest zjawiskiem równie groźnym jak prawicowy język rasy, krwi i ziemi, budzący nieodparte skojarzenia z tragicznymi skutkami zbrodniczej ideologii. Uznaliśmy, że “Nie”, sztandarowy przykład agresji werbalnej, można pominąć także dlatego, że jego redaktor otwarcie przedstawia się jako cynik i nie aspiruje do rządu dusz. Szczerość “Nie” jako organu mowy nienawiści kontrastowała w naszych oczach z hipokryzją prasy radykalno-prawicowej twierdzącej, że stoi na straży najświętszych narodowych wartości i szerzy chrześcijańską miłość. Uznaliśmy, że krytyków “Nie” i pornografii jest legion, my wobec tego możemy z czystym sumieniem pisać o innym zjawisku, mniej rozpoznanym. (s. 25-26).

Urban wraz z “Nie” zyskują więc dodatkowe punkty za swoją “szczerość”. 

Apel o oszczędność

Skoro autorzy raportu tak bardzo cenią szczerość Urbana, to może sami powinni pójść jego przykładem i przyznać, w jaki sposób doszli do wniosków przedstawionych w raporcie. Sporo piszą o metodzie, próżno jednak szukać jej prezentacji i uzasadnienia. Raczej możemy spotkać tego typu stwierdzenia:

Dane statystyczne nie ujawniły wiele nowego. Przytaczamy je, gdyż potwierdzają one wnioski, do jakich doszliśmy własną drogą. (s. 484)

A gdyby tak szczerze wyjawić, na czym polega ta “własna droga”? Wtedy być może okazałoby się, że niepotrzebna jest mozolna lektura prasy, “dokumentację” można ominąć i całą sprawę przedstawić w cienkiej broszurce pod tytułem “Co Sergiusz Kowalski i Magdalena Tulli sądzą o   “ [i tu wpisać właściwy temat]. Autorzy nie będą się wówczas musieli tłumaczyć z tego, co wybrano, dlaczego i po co. A czytelnicy zostaną zwolnieni z lektury “dokumentacji”, która i tak, jak widać, nie jest potrzebna, bo wnioski można napisać od razu. Bez dowodów, bez argumentacji.
 

WITOLD STARNAWSKI
Sergiusz Kowalski, Magdalena Tulli, Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003, s. 548. Opracowanie promowane przez Otwartą Rzeczpospolitą - Stowarzyszenie przeciwko Antysemityzmowi i Ksenofobii oraz Instytut Studiów Politycznych PAN.
 
Konkurs
Konkurs Fundacji GŁOS dla Zachowania Polskiego Dziedzictwa

Odzyskanie Niepodległości

Listy i dokumenty oraz żywa pamięć przechowuje w rodzinnych wspomnieniach obraz naszych dziadków i pradziadków, a niekiedy rodziców, witających 85 lat temu świt Niepodległości Polski.
Odchodzą już na wieczną wartę ostatni z tych, którzy wyganiali z Polski zaborcze wojska i administrację, ustanawiali granice wskrzeszonej Rzeczpospolitej, bronili jej przed nacierającymi sąsiadami, a potem budowali Polskę Niepodległą - jej armię, oświatę, skarb, gospodarkę, parlament, dyplomację, wywiad, policję, instytucje i organizacje społeczne, Kościół, harcerstwo, sport... Coraz mniej wśród nas świadków, zachowujących w pamięci lata 1918-1921, lata odzyskiwania Niepodległości. Minie jeszcze kilka lat i nie będzie Ich już wśród nas.

Zróbmy coś, by utrwalić dla przyszłych pokoleń szczęśliwe dni odzyskiwania utraconej niepodległości. Sięgnijmy do rodzinnych szuflad, przejrzyjmy schowane tam listy i dokumenty. Porozmawiajmy z seniorami naszych rodzin. Spróbujmy ustalić, co robili nasi przodkowie w latach 1918-1921.
Każdy z nas miał przecież dwu dziadków i dwie babcie oraz po czterech pradziadków i cztery prababcie. Jeżeli 11 listopada 1918 roku byli oni już dorośli, to gdzie spotkał ich ten dzień? W jednym zaborze czy pod kilkoma? A może na zesłaniu lub emigracji? W jakich mundurach i gdzie wówczas służyli? A może uprawiali ziemię, pracowali w fabrykach, uczyli się lub studiowali?

Gdyby w 1918 roku Polska nie odzyskała Niepodległości - większość z nas nie przyszłaby na świat. 
Gdyby Polska nadal pozostała podzielona między zaborców, to wielu naszych przodków nie miałoby okazji spotkać się ze sobą, bo oddzielałyby ich szczelne graniczne kordony. A przecież gdyby nasi przyszli pradziadkowie (dajmy na to: z Galicji) nie poznali naszych przyszłych prababek (dajmy na to: spod rosyjskiego zaboru), to przecież ani naszych dziadków, ani naszych rodziców, ani nas, ani naszych dzieci nie byłoby na świecie.

Spiszmy jak najszybciej wszystko to, co rodzinna pamięć i rodzinne dokumenty mówią o naszych przodkach w latach 1918-1921. Cofnijmy się - jeśli to konieczne - nieco wstecz lub w przód. 
Spiszmy to na jednej kartce lub na tysiącu stron, ale spiszmy, nie odkładajmy tego na potem, gdy już będzie za późno. Spiszmy to dla siebie i dla swoich najbliższych, z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków - by pamięci o wskrzeszeniu Polski Niepodległej nie rozmiótł wiatr zapomnienia.

Fundacja GŁOS dla Zachowania Polskiego Dziedzictwa chce w miarę swoich skromnych możliwości pomóc w utrwalaniu pamięci o latach odzyskiwania przez Polskę Niepodległości. 
Deklarujemy pomoc w przygotowywaniu do druku przekazywanych nam kopii spisanych relacji lub przekazywaniu ich do narodowych zbiorów bibliotecznych lub archiwalnych. Fragmenty najciekawszych relacji będziemy za zgodą autorów przekazywać także do druku w piśmie GŁOS.
 

Artur Rojek     Marcin Gugulski     Antoni Macierewicz
Fundacja GŁOS dla Zachowania Polskiego Dziedzictwa



 

 
Nieudolnie i dowolnie
Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści
Odzyskanie Niepodległości
Konkurs Fundacji GŁOS dla Zachowania Polskiego Dziedzictwa
Inne materiały 
w gazetowym wydaniu
Do nabycia w koskach lub za pośrednictwem
prenumeraty redakcyjnej