Historia zweryfikowała nasze dyskusje, publicystykę i postawy

Odpowiedź


Mnożą się ostatnio napaści na tych polityków, którzy kwestionują umowę „okrągłego stołu” i politykę prowadzoną przez elity wyrosłe na zdradzie ideałów i programu „Solidarności”. Tym razem w napaściach tych przodują nie komuniści i członkowie PZPR, lecz ci, których należałoby nazwać „poputczikami”, ludzie, którzy na tej ugodzie zrobili kariery, którzy za zdradę otrzymali sowitą zapłatę.


Dziś, w czasie gdy system zbudowany przy „okrągłym stole” chwieje się i rozpada, broniąc się sądzą, że inwektywy uratują ich pozycję. O dwu takich atakach warto powiedzieć, gdyż ludzie je formułujący, kłamstwami pragną pokryć własną odpowiedzialność za to, co się stało.


Nieudolność kłamstwa


Tomasz Wołek w „Gazecie Wyborczej” z 5 marca br. publikuje artykuł „Antoni Macierewicz i historia”. Tytuł zachęcający. Treść kuriozalna. Wołek, który zaangażował się w końcu lat 80-tych w ugodę „okrągłego stołu” zarzuca mi, że w roku 1983 na łamach GŁOSU ukazał się materiał proponujący rozważenie porozumienia z wojskiem jako drogę wyjścia z panującej wówczas dyktatury komunistycznej. Według Wołka program ten był kapitulacją, wsparciem PRON-u, itp. Pisze też, że artykuł spotkał się z powszechnym odrzuceniem. Zabawne jednak, że Wołek - tym razem zgodnie z prawdą - przypomina, że polemizował z tym materiałem na łamach redagowanej przez siebie „Polityki Polskiej”. Ponieważ od tamtego czasu minęło już 20 lat, mało kto pamięta i ten tekst, i polemikę Wołka. Przypomnę więc tylko, że ówczesna polemika redaktora naczelnego organu Ruchu Młodej Polski na tekst, który „został powszechnie odrzucony” była zatytułowana: „Poważna propozycja i poważne wątpliwości”.

W 1983 r. Wołek uważał więc tekst z GŁOSU (nawiasem mówiąc autorstwa jednego z dzisiejszych przywódców PiS!) za „poważną propozycję” dziś zaś próbuje zeń uczynić artykuł marginalny o „kolaboracyjnej” wymowie. Tymczasem w tekście z GŁOSU odrzucano PRON i WRON jako struktury atrapowe, a także Jaruzelskiego jako sowieckiego aparatczyka. Artykuł skierowany był przeciwko opcji rosyjskiej realizowanej przez ludzi stanu wojennego, a także przeciwko poszukiwaniu rozwiązań w oparciu o opcję niemiecką. W GŁOSIE pisano o opcji polskiej budującej siłę w oparciu o to, co w narodzie trwałe – Kościół, „Solidarność”, wojsko. Rozumiem Wołka, że szukając dziś narzędzi ataku przeciwko mnie stara się przedstawić materiał GŁOSU sprzed 20 lat jako tekst marginalny itd. Nie rozumiem jednak, dlaczego czyni to w sposób tak dla siebie kompromitujący i dowodnie ukazujący koniunkturalizm i niewiarygodność swoich zachowań.


Polityka i publicystyka


Patrząc na tekst GŁOSU z 1983 r. z dzisiejszej perspektywy trzeba uznać jego oczywiste słabości. Wskazywano na to także wówczas, i był on poddawany ostrej krytyce także w środowisku GŁOSU Nikt jednak, aż do dnia dzisiejszego, gdy potrzeby propagandy na rzecz „okrągłego stołu” kazały sięgnąć po próby zakłamywania historii, nie wpadł na pomysł, że był to tekst wspierający PRON, Jaruzelskiego, itd. Ale ważniejsze jest co innego. Publicystyka polityczna ma dużą wagę dla analizy dążeń poszczególnych ugrupowań i polityków. Ale zawsze ostatecznie decydują praktyczne wybory, jakich politycy dokonują. Otóż w ocenie grupy GŁOSU warto brać pod uwagę linię ideową, jaką formułowaliśmy w ciągu ostatnich 30 lat na łamach naszego pisma. Charakteryzowało ją dążenie do likwidacji komunizmu - i jako systemu społeczno-politycznego, i jako narzędzia panowania Rosji nad Polską. Od powstania GŁOSU w 1977 r. pisaliśmy, że celem opozycji jest odzyskanie niepodległości przez Polskę i odbudowa państwa opartego na katolickiej nauce społecznej. Akcentowaliśmy rolę narodu jako podmiotu historii i wspólnoty kulturowej mającej naturalne prawo do własnego państwa. Podkreślaliśmy rolę Kościoła. Przede wszystkim jednak byliśmy autorami koncepcji odbudowy państwa poprzez tworzenie niezależnych instytucji społecznych, co znajdowało wyraz m.in. w motto powtarzanym w każdym numerze naszego pisma od 1977 r. aż do 1990. Nasz program czerpaliśmy nie z tradycji komunistycznej czy rewizjonistycznej, nawiązywaliśmy nie do października 1956 r. czy innych wydarzeń peerelowskich. Nie była też dla nas źródłem odniesienia historia koncesjonowanych katolickich grup politycznych. Ale na naszych łamach przypominaliśmy dorobek różnych środowisk i historię wysiłków poszerzenia wolności i demokracji w Polsce. Wyrazistość programu nigdy bowiem nie zasłaniała nam oczu na konieczność szerokiego spojrzenia na historię i dążenia różnych środowisk walczących z komunizmem. Nigdy więc nie byliśmy formacją sekciarską - przeciwnie, podkreślając oparcie w katolickiej nauce społecznej, tradycji niepodległościowej i narodowej współpracowaliśmy z różnymi ludźmi i różnymi środowiskami.


Polityka i działanie


Ale powtarzam – publicystyka, choć ważna, nie rozstrzyga o polityce. O polityce rozstrzygają czyny. Środowisko GŁOSU wywodzi się z polskiego ruchu skautowego. W naszych działaniach mieliśmy i okresy pracy pozytywistycznej, tworzenia w Warszawie drużyn harcerskich przekazujących katolicki i niepodległościowy system wartości i okresy konspiracji i walki cywilnej. Współtworzyliśmy więc I Warszawską Drużynę Harcerzy im Romualda Traugutta, a także organizowaliśmy konspirację na Uniwersytecie Warszawskim w latach 60-tych a następnie współorganizowaliśmy strajki i demonstracje w marcu 1968 r. Nasze środowisko organizowało pomoc dla robotników Wybrzeża w 1970 r. a następnie protesty przeciwko sowieckiej „konstytucji PRL” w 1975 r. Tomasz Wołek może nie pamiętać, lecz to właśnie późniejsze środowisko GŁOSU zorganizowało bojkot „wyborów” do sejmu PRL w 1976 r., gdy to po raz pierwszy zastosowano metodę oceny frekwencji przez obserwację punktów głosowania, a wreszcie dało początek Komitetowi Obrony Robotników. Struktura organizacyjna akcji pomocy robotnikom w 1976 r. została przez nas stworzona, Apel KOR był przez nas napisany, i to my powołaliśmy do życia i redagowaliśmy Komunikat KOR. Także później to środowisko GŁOSU (wraz z Ruchem Andrzeja Czumy) organizowało warszawskie demonstracje r. 1979 w rocznicę grudnia 1970 r. i bojkot „wyborów” do sejmu PRL 1980 r. „Głos” zdecydowanie wsparł tworzenie wolnych związków zawodowych, gdy lewica i koncesjonowane grupy typu Znak i Więź marzyły o komisjach robotniczych. Nie jest więc przypadkiem, że gdy w Gdańsku trwał strajk, my przygotowując w podziemiu podstawy do działalności związkowej w Warszawie, równocześnie pracowaliśmy nad pierwszym statutem „Solidarności”. Podobnie było później. W opozycji, w Związku, a następnie w podziemiu, tworzyliśmy ruch niepodległościowy i narodowy przeciwstawiając się polityce lewicy laickiej. Dlatego byliśmy i jesteśmy brutalnie, kłamliwie zwalczani. Czyniono to w podziemiu plotką, insynuacją, a czasem współpracą z SB, czyni się dzisiaj korzystając ze wsparcia państwowych i prywatnych mediów. Po raz pierwszy przypominam publicznie i wyliczam niektóre z naszych działań nie dlatego, by spierać się o zasługi, co w sposób żenujący czynią ludzie lewicy laickiej, od lat samochwalczo reklamujący swoje najczęściej wyimaginowane przewagi. Czynię to dlatego, że przebrała się miara kłamstwa i oszustwa widoczna w artykule p. Wołka czy telewizyjnych wystąpieniach p. Bogdana Lisa.


Drogi do wolności


Artykuł „Odbudowa państwa” z 1983 r. powstał właśnie w ramach takiej perspektywy i to w bardzo określonych warunkach. Przypomnijmy je. Było to wczesne lato 1983 r. za dwa miesiące miał do Polski przybyć z drugą pielgrzymką Jan Paweł II. „Solidarność” osłabiona przegraną demonstracji z lata 1982 r. i delegalizacją Związku nie wypracowała żadnego programu ani sposobu rozwiązania sytuacji. Coraz więcej działaczy przyjmowało warunki narzucane przez reżim Jaruzelskiego. Często oznaczało to współpracę z bezpieką lub równie upokarzające ujawnienie się i uznanie swojej działalności za nielegalną. Nigdy nie przyjąłem takich zobowiązań, ani też nie przyjąłem procedury ujawnienia się, a w roku 1983 cały zespół GŁOSU pracował w podziemiu. Znaczenie też miały informacje dochodzące z USA o sprawie Kuklińskiego, żołnierza, który pokazał, że można w armii PRL szukać prawdziwych patriotów. Wychodziliśmy z założenia, że zamach Jaruzelskiego, choć skierowany przeciwko narodowi i „Solidarności”, siłą rzeczy oznacza także koniec państwa komunistycznego. Że partia komunistyczna nigdy się już nie zdoła odbudować, że wreszcie w wojsku znajdują się siły podobne Kuklińskiemu, które można dla odzyskania Polski wykorzystać. Stanowisko to było naiwne. Na taki program my byliśmy zbyt słabi, a władza sowiecka, a zwłaszcza władza aparatu agenturalnego – zbyt silna. Program ten miał jednak jedną zaletę, której brakło zwłaszcza publicystyce lewicy laickiej – był uczciwy i nie wprowadzał w błąd. Mówiliśmy jasno: trzeba odzyskać wojsko, trzeba odzyskać państwo, a wszystko to czynić odrzucając komunizm i imperialną władzę Rosji. Jeśli nawet było to wówczas nierealne, to trafnie wyznaczało cele. Nie mąciliśmy ludziom w głowie nadziejami na sojusz z Rosją, nie pisaliśmy bajd o „Europie ruchów społecznych”, nie tworzyliśmy złudzeń, że Kiszczak i Jaruzelski staną się zbawcami Polski.


Gdańsk 1983 r.


Warto jednak przypomnieć, że gdy latem 1983 r. relacjonowałem tę koncepcję na podziemnym spotkaniu w Trójmieście Aleksandrowi Hallowi i Bogdanowi Lisowi, moi rozmówcy przeciwstawili idei porozumienia się z wojskiem rozwiązanie alternatywne. Nie pisałem dotychczas o tym, ani publicznie nie mówiłem. Wychodziłem bowiem z założenia, że tamta sytuacja prowokowała do najdziwaczniejszych pomysłów. W świetle jednak późniejszych wydarzeń, a zwłaszcza dzisiejszych zachowań p. Bogdana Lisa i jego kłamstw na temat wówczas przeprowadzonej rozmowy, muszę inaczej spojrzeć na to, co usłyszałem. Otóż idei porozumienia z wojskiem w Gdańsku przeciwstawiono pomysł porozumienia ze Służbą Bezpieczeństwa. Referował to z zapałem Bogdan Lis odwołując się do prowadzonych ówcześnie rozmów. Słuchałem tego z osłupieniem, to nie była już bowiem koncepcja polityczna, to była kolaboracja. Dziś, gdy znamy część materiałów b. SB, także tych opublikowanych przez Sławomira Cenckiweicza, lepiej rozumiem to, co wówczas mówiono. W tamtym czasie nikomu z GŁOSU nie przyszłoby do głowy prowadzić rozmowy z esbekami o ratowaniu Polski i polskości, o wspólnym froncie itd. Moi rozmówcy musieli patrzeć na mnie jak na naiwniaka, skoro, jak pisze Cenckiewicz, już rok wcześniej takie właśnie rozmowy w ich środowisku prowadzono. Dziś ci, którzy wspólnie z bezpieką planowali akcje polityczne, mają czelność oskarżać nas, że na łamach GŁOSU pisaliśmy o potrzebie szukania następców Kuklińskiego!


Historia magistra vitae est


Historia jednak zweryfikowała nasze dyskusje, publicystykę i postawy. W 1984 r. środowisko Tomasza Wołka ujawniło się składając deklarację lojalności, a w roku 1989 zaangażowało się w rozmowy „okrągłego stołu”, w tworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego i Unii Demokratycznej (następnie Unii Wolności, a dziś zapewne – Partii Demokratycznej?). Dorobek tego środowiska z tamtego czasu po dziś dzień ciąży nad Polską. To im przecież SLD zawdzięcza uratowanie dla siebie majątku po PZPR, a także możliwość zniszczenia archiwów i zablokowania ujawnienia akt. Dla dziejów Polski jest też nie bez znaczenia odpowiedzialność za decyzję o użyciu policji przeciw studentom demonstrującym w Krakowie i Gdańsku, a przede wszystkim – za użycie czołgów pod Mławą. Patrząc z tego punktu widzenia nie dziwi ewolucja Tomasza Wołka, która doprowadziła go do „Gazety Wyborczej” i ataku na ruch patriotyczny. Dziś łatwiej niż w przeszłości dostrzec, że zawsze łączyła ich opcja rosyjska i geopolityka zakładająca, że Polska trwale znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. To stanowisko aktualne jest po dziś dzień i sprawia, że oba te środowiska nie tylko zwalczają lustrację i dekomunizację, lecz także entuzjastycznie wsparły wejście Polski do Unii Europejskiej i bliskie już strategiczne partnerstwo z Rosją. Z tej perspektywy patrząc, walka przeciw lustracji, wejściu do NATO i głosowanie za obaleniem rządu Jana Olszewskiego jest tylko logiczną i konieczną konsekwencją. Taką samą, jak artykuł Wołka czy kłamstwa Lisa.

Antoni Macierewicz