Przez 63 dni kompania “Zdunina” wytrwała na stanowiskach i broniła “Żelaznej Reduty”

Powstanie Warszawskie: pierwsze godziny


Wtorek 1 sierpnia 1944 roku był chmurny i deszczowy. Szary senny dzień. Poderwały nas i ożywiły, zelektryzowały całą Warszawę wszędzie rozchodzące się rozkazy. Otrzymałem i ja: “o godzinie 13, na miejscach oczekiwania, jak w ubiegły piątek”.


Pluton mój zbiera się według ustalonego już poprzednio porządku. Obie grupy są w komplecie. Przy ul. Pańskiej 10, w lokalu konspiracyjnym u plut. Szacha [Stanisława Gajdy] - sami doświadczeni, starzy saperzy, wszyscy po odbytej służbie w WP i doświadczeniach kampanii wrześniowej, sami podoficerowie; natomiast przy ul. Idzikowskiego na Mokotowie - sami młodzi, od niedawna w konspiracji, od niedawna żołnierze AK, szkoleni bardzo intensywnie od miesięcy, pełni zapału i patriotyzmu, dzielni młodzieńcy.

Na Pańskiej są nawet dwie osoby więcej niż w piątek. To ppor. Tolimierz [Mieczysław Brym] i plut. pchor. Bohdan [Bohdan Dmochowski]. Tolimierz, będący w tym czasie na urlopie, zgłasza się ochotniczo... Bohdan, mój kolega gimnazjalny, nie miał przydziału, dołączył jako ochotnik...

Oczekiwanie się dłuży. Przyniesiono broń. Jest jej przeraźliwie mało, chociaż o 1 pm (sten) i 1 pistolet więcej niż w piątek. Trochę granatów produkcji własnej, konspiracyjnej. One stanowią podstawę uzbrojenia. Sprzęt i materiały sapersko minerskie mamy otrzymać na punkcie koncentracji w Zbarzu lub Zagościńcu [w pobliżu Okęcia].


Wymarsz uderzenia


Jest godzina 15.15. Goniec przynosi rozkaz. “Zdunin na odprawę do Kuby, na ul. Łucką”. Adres i lokal jest mi znany. Przekazuję dowództwo Tolimierzowi, sam gonię na odprawę. Na Łuckiej już nie zastałem Kuby. Oczekiwał natomiast na mnie pisemny jego rozkaz: “O godz. 16 meldować się całym oddziałem w Zbarzu. Godzina “W” o 17. Kuba”. Patrzę na zegarek, do 16 zostało około 20 minut. Czy to nie pomyłka? Jednak upewniają mnie, że Kuba [por. Romuald Jakubowski] bardzo się spieszył i mówił, że o 16 wszyscy mają być w Zbarzu.

Biegnę na Pańską. Podrywam oddział natychmiast do wymarszu. Jesteśmy na ulicy. Przyjmujemy szyk, do którego przywykliśmy w konspiracji. Broń ukryta, ale gotowa do strzału. Posuwamy się po obu stronach ulicy, odstępy duże, ale zachowana łączność. Szperacze na czele bez broni.

Strzelanina na ul. Marszałkowskiej i zebrane pospiesznie wiadomości przesądzają, że musimy zrezygnować z drogi najkrótszej, tj. Marszałkowską i Puławską do Służewca. Postanowiłem posuwać się przez Twardą, Żelazną, następnie przeskok przez Al. Jerozolimskie, dalej równolegle do osi Marszałkowska-Puławska ulicą Raszyńską, przeskok przez Filtrową i Wawelską i dalej kierunek Zbarz-Okęcie. Opanowuję zdenerwowanie, że nie zdążę zgodnie z rozkazem dotrzeć do Zbarza na godz. 16, porządkuję szyk oddziału. Śpiesznie, z zachowaniem jednak ostrożności i porządku, posuwamy się po obranej trasie.


Pierwszy strzał


Jesteśmy przy zbiegu ulic: Twarda, Złota i Żelazna. Ulicą Żelazną pędzi samochód ciężarowy, na nim żołnierze niemieccy z bronią gotową do strzału. Decyduję się przepuścić ich, przecież nie ma jeszcze 17. Zatrzymuję się w bramie narożnego domu przy ul. Złotej 83. Wbiega tu również jakiś młody człowiek i staje wśród nas. Niemcy nie zatrzymując się pędzą dalej, ale otwierają do nas ogień ze swej broni. Uspokajam ich krótkimi seriami ze stena. Popędzili ul. Żelazną w kierunku Chłodnej, unosząc zabitych czy rannych. Teraz ten młody człowiek przedstawia się jako [kapral] podchorąży Dirk [Zbigniew Łukowiecki] z AK i prosi o przyjęcie do oddziału. Wyjaśnia, że się zagubił i nie trafił na miejsce koncentracji swego oddziału. Jest bez broni.

Sprawdzam szybko oddział, który zachował opanowanie i porządek. Wchodzimy w ul. Żelazną, kierując się w stronę Al. Jerozolimskich. W domu nr 27 krótka narada, zatrzymuję znakiem ręki posuwanie się oddziału. U dozorcy domu zostawiamy chlebaki z żywnością i osobistymi rzeczami, które uważamy za zbyteczne obciążenie...

Musimy przeskoczyć wiadukt nad torami kolejowymi linii średnicowej i Aleje Jerozolimskie, gdzie domy znajdują się tylko po stronie nieparzystej, więc przeciwnej do nas.

Po prawej stronie drogi naszego marszu mamy przed sobą szary betonowy bunkier nieprzyjaciela i obsadzany przez Niemców Dworzec Pocztowy, po lewej wyniosły gmach Domu Kolejowego, również zajęty przez nieprzyjaciela. Polecam pchor. Dirkowi aby, wyprzedzając naszych szperaczy, wysunął się do przodu i rozpoznał czy droga jest wolna.

Daję znak: “spiesznie naprzód, odstępy mniejsze”. Po prawej stronie ulicy Żelaznej posuwają się: Saper [sierż. Mieczysław Sawicki], Miner [sierż. Stanisław Bzdak], Marian [plut. Julian Budzyński], Roman [plut. Roman Kaczmarek], Tolimierz i ja ze stenem oraz kilku innych. Po lewej: szperacze bez broni (nie pamiętam pseudonimów), Szach, Radames [plut. Bolesław Dutkiewicz], Bohdan i kilku innych. Śpiesznym krokiem podążamy w kierunku Alei, przecinamy ul. Chmielną. Bunkier milczy, Dom Kolejowy i Dworzec Pocztowy również nie odzywają się. Dosięgamy już wiaduktu pełni napięcia, ja z ręką na spuście stena, ale jeszcze pod płaszczem.

Wtem pchor. Dirk, wysunięty przed oddział po prawej stronie ulicy jako szperacz bez broni, daje gwałtownie niepokojące znaki.


Pierwsza krew


Z Placu Starynkiewicza, przecinając Al. Jerozolimskie, rozpędzony wpada na wiadukt samochód niemieckiego pogotowia policyjnego, tzw. Ueberfallkommando, pełen Niemców na wierzchu, przy ckm-ie na wieżyczce obsługa w pogotowiu.

Niemcy witają nas ogniem. Odpowiadam dłuższą serią ze stena. Rzucamy granat, który niestety nie uszkodził samochodu i nie wyrządził poważniejszej szkody. Nakazuję odwrót w ul. Chmielną. Sam strzelam, kierując ogień w obsługę ckm-u. Żołnierze moi wykonują odwrót w porządku i szczęśliwie. Widocznie przerażeni Niemcy strzelają niecelnie. Ogień nieprzyjaciela, z tak małej przecież odległości zaledwie kilkunastu metrów, jest dziwnie nieskuteczny.

We dwóch z Mietkiem (Tolimierzem) osłaniamy odwrót oddziału. On strzela z visa, ja krótkimi seriami ze stena. Odzywają się, hucząc strzałami, Dworzec Pocztowy i Dom Kolejowy. Przed nami jeszcze bunkier. Teraz dłuższe serie kieruję w szczelinę otworu strzelniczego bunkra. Bunkier na razie milknie. Przeskakujemy przez ul. Chmielną. Jestem już przed bramą domu nr 126.

Nie mogę dojrzeć moich żołnierzy z drugiej strony ulicy: wycofali się do domów przy ul. Chmielnej, ale po drugiej stronie Żelaznej. Mieli tylko granaty i jeden rewolwer. Nie słyszałem ich strzałów i nie było wybuchów granatów.

Tolimierza dzielą od zbawczej bramy 2-3 kroki. Wyprzedziłem go trochę, znalazłem się bliżej domu. Aby osłonić jego ostatnie kroki, strzelam ze stena długą serią w atakujący nas samochód. Celuję w obsługę ckm-u. Tolimierz pada mi pod nogi.

Mieciu! Mieciu!

Nachylam się nad nim. Duża, buchająca krwią rana na czole przy skroni.

Mieciu kochany!

Tylko chrapliwe rzężenie. Nie wymówił ani słowa.

Dirk po latach poda: “z filipinką w dłoni padł pod kulami porażony w tył czaszki ... przed nami był bunkier betonowy, który bronił dostępu do Poczty Dworcowej od strony Chmielnej byliśmy w jego zasięgu”.

A więc Tolimierz usiłował rzucić granat pod niemiecki samochód, aby umożliwić nam bezpieczniejszy odskok w jego dymie. Niemiecka kula, wystrzelona z bunkra, była szybsza i raziła go śmiertelnie.


Po ogniem z luf


Rozpacz, ból i wściekłość odbierają mi poczucie instynktu samozachowawczego. Staję w rozkroku nad leżącym bratem, na środku chodnika. Opieram mocniej rękę na biodrze i zapamiętale tłukę ze stena w ciągle ziejący ogniem samochód nieprzyjaciela. Trafiam widać bardzo skutecznie. Niemcy spadają z samochodu jak kukiełki. Słyszę krzyki: Hilfe! Hilfe! Oh! Mein Gott! Herr Jezus! Nie cofam się, nie osłaniam, nie kryję, strzelam z dziwnym opanowaniem. Wybieram cele i trafiam. Ckm milczy. Wreszcie zamek stena głucho stuknął o komorę nabojową - ostatnia kula z magazynku. Sięgam do kieszeni po następny. Zadziałał instynkt samozachowawczy - skryłem się za narożnik bramy. Szybko, spokojnie zmieniam magazynek. Już osłonięty teraz, krótkimi seriami strzelam w Niemców na samochodzie, który niemrawo manewruje. Strzelam również w otwór strzelniczy bunkra, który odzywał się seriami ckm-u czy pm-u.

Niemcy ściągają samochód pod Dom Kolejowy od strony ul. Chmielnej. Teraz zieją ogniem już ze wszystkich stron: z Domu Kolejowego, z Dworca Pocztowego, z bunkra przy Żelaznej i z drugiego w głębi Chmielnej. Kilku szkopów, spadłych z samochodu, jęczy na jezdni, kilku innych leży już zupełnie spokojnie. Ogień nieprzyjaciela jest teraz huraganowy. Wstrzeliwują się w bramę, z której ciągle strzelam.

Na moment straciłem wzrok. Gruz i pył z rozbijanej kulami wroga ściany zasypał mi oczy. Zapiekło coś silnie powyżej ucha, koło skroni. Wraz z ostatnią wystrzeloną kulą następnego magazynka ręka moja opada bezwładnie ze stenem. Krew zalewa mi płaszcz i spodnie.

Teraz dopiero wycofuję się w głąb bramy domu i na podwórze, zostawiając pod bramą dwóch poległych naszych żołnierzy: konającego mego brata, ppor. Tolimierza i sapera Rocha [NN]. Nie ma lekarza ani sanitariuszek. Z pomocą spieszą mieszkańcy domu. Młoda kobieta zdejmuje ze mnie płaszcz i marynarkę, obrywa poszarpany rękaw koszuli i tamuje krew, przewiązując mocno przedramię. Stena oddaję.

Pchor. Dirk, wraz z plut. Marianem i kpr. Romanem, którzy tu się wycofali, wnieśli ciało poległego sap. Rocha oraz konającego ppor. Tolimierza do bramy. “Złożyliśmy go pod murem - podaje Dirk w swej relacji - leżał na plecach, głową w kierunku bramy; wyjąłem mu z ręki filipinkę, którą ciągle ściskał w dłoni”. Kobieta, która opatrzyła moją rękę, próbowała również ratować mego brata, niestety, jemu nic już pomóc nie można było. W nocy Tolimierz - jeden z pierwszych, który “ujrzał światło wolności” - zmarł.


Reduta


W następstwie opisanej walki znalazłem się w niezwykle trudnej sytuacji. Potyczka z nieprzyjacielem przyniosła nam ciężkie straty. Padło dwóch żołnierzy, w tym jeden oficer. Rannych jest dwóch żołnierzy, w tym dowódca. Blisko połowa oddziału na razie zagubiona. Droga do Okęcia, naszego punktu docelowego - odcięta... Nie znam zbyt dobrze terenu, ani stanowisk nieprzyjaciela. Nie wiem, gdzie są nasze w tym rejonie oddziały. Świadomość, że atakując nas nieprzyjaciel poniósł w stoczonej potyczce znaczniejsze straty (oddział pogotowia policyjnego całkowicie rozbity, a zabitych i rannych kilkakrotnie więcej niż u nas) w niczym nie poprawia naszej sytuacji.

Natychmiast po prowizorycznym opatrunku ubieram się. Jestem rozdygotany, ale spokojny i opanowany. Zbieram swoich żołnierzy, staram się opanować sytuację, uporządkować oddział, rozeznać teren i podjąć decyzję, jak prowadzić dalszą walkę.

Na podwórzu, gdzie się teraz znajdujemy, podbiega do mnie młody człowiek w długich butach, z biało-czerwoną opaską na rękawie i rzuca mi się na szyję. To Władek [Piotr, ppor. Władysław Mizielski], mój kolega z gimnazjum i szkoły podchorążych: Zbyszek, co teraz będzie? Co robić?

Jest wyraźnie zdenerwowany. Uspokajam Piotra i dowiaduję się, że ma ze sobą kilku żołnierzy, część swego oddziału, i że zna teren. Mówi, że w sąsiednich domach są luźne grupki Powstańców.

Następnie stwierdzamy, że posesje sąsiednich domów są połączone przejściami przez ściany i piwnice, więc z domów nr 126, 128 i 130 przy Chmielnej oraz nr 51 przy Twardej można wytworzyć wspólny system obronny. Postanawiam przygotować się do obrony w tej “reducie”, wyznaczam i rozstawiam stanowiska. Choć rozpacz, że brat ginie, a ja nie mogę mu udzielić żadnej pomocy, czyni mnie półprzytomnym, zarazem (choć może się to wydać dziwne) mobilizuje wewnętrznie. Staję się coraz bardziej aktywny.

Zapada mrok. Od strony Chmielnej, gdzie mamy bezpośrednią styczność z nieprzyjacielem, jesteśmy już ubezpieczeni.


Narodziny kompanii


Wyszykują mi i urządzają kwaterę. Jest nią mieszkanie na parterze w domu przy ul. Twardej 51.

Zgłasza się chłopiec o jasnej, dziecięcej buzi, żywych i bardzo inteligentnych oczach. Melduje, że ma ze sobą drużynę wyszkolonych żołnierzy. Skąd jesteś? Z jakiego oddziału? Twój pseudonim? Staje na baczność i spokojnie melduje: strzelec Generał [Mirosław Jan Biernacki], żołnierz AK, z Szarych Szeregów z drużyną (wymienia liczbę żołnierzy) prosi o przyjęcie do oddziału pana porucznika. Są częściowo uzbrojeni.

Zgłosił się młody, wysokiego wzrostu, jasnowłosy pchor. Janosik [Wacław Kucharski] z kilkoma żołnierzami, wszyscy z opaskami AK, sam uzbrojony jest w pm. Nie dotarł do oddziału macierzystego.

Zgłosili się podchorążowie Lubicz [Andrzej Guźkowski] i Krzysztof [Zbigniew Wojciechowski] z żołnierzami, pchor. Ranicki [Witold Antoniewski], kpr. Wawer [Mieczysław NN], kpr. Partyzant [Janusz Kozłowski], sierż. Hiszpan [NN] z kilkoma ochotnikami, chorąży Kuliński [Józef Piątek] z liczniejszym oddziałem i wielu, wielu innych, którzy dali początek kompanii.

Zgłosiło się dość dużo ochotników, młodych ludzi, mieszkańców tego rejonu, którzy, choć nie byli wcześniej zorganizowani, chcieli walczyć i bić wroga.

Jeszcze przed nocą powstał dość duży oddział - można go już było nazwać kompanią - składający się z żołnierzy AK różnych oddziałów konspiracyjnych, którzy nie doszli do swych miejsc koncentracji i którym potyczki rozpoczęte przed godziną “W” zagrodziły drogę dalszego marszu.


Noc sierpniowa


Początkowy rejon bojowy kompanii stanowiły domy ustawione w trójkącie ulic: Chmielna od Żelaznej do placyku przed Miedzianą (domy 126, 128, 130 i 134), ul. Żelazna od Chmielnej do Twardej (domy 25, 27, 29, 31 i 33) i ul. Twarda od Żelaznej do Chmielnej i placyku przed Miedzianą (domy 49, 51, 53, 57 i 59). Kompleks tych domów to nasz pierwszy bastion, który przygotowaliśmy do obrony. Stąd też postanowiliśmy atakować.

Szczególne nasze zainteresowanie, siłą rzeczy, budził położony po przeciwnej stronie ul. Chmielnej Dworzec Pocztowy. Rozkładał się on trzema pawilonami na przestrzeni między Chmielną a Al. Jerozolimskimi. Te trzy pawilony tworzyły nieforemną literę “H”, długie boki mającą wzdłuż Al. Jerozolimskich i ul. Chmielnej. Dostępu do niego broniły m.in. dwa betonowe bunkry ze strzelnicami, które wzięły udział w poprzednio stoczonej przez nas potyczce.

Pierwsza noc Powstania. Noc tragiczna, a równocześnie zbawienna. Ona stworzyła naszą kompanię. W czasie jej trwania bez przerwy zgłaszali się żołnierze konspiracji, ochotnicy, ci wszyscy, których w przeważającej części zapędził na nasz rejon los. Z nich powstał oddział, który nie miał zapisanego wcześniej rodowodu konspiracyjnego, ale mieli go niemal wszyscy żołnierze, posiadający często nawet bardzo bogatą historię walk konspiracyjnych i partyzanckich.

W czasie tej pierwszej nocy powstańczej dokonała się podstawowa organizacja kompanii. Opanowaliśmy teren i nasze bardzo roztrzęsione niepowodzeniami nerwy. Ubezpieczyliśmy się na zajmowanym terenie, wybraliśmy i obsadziliśmy stanowiska, zbudowaliśmy umocnienia - barykady. Przeprowadziliśmy rozpoznanie we wszystkich kierunkach. Nawiązaliśmy łączność z organizującymi się sąsiednimi oddziałami powstańczymi. Naszymi sąsiadami byli: oddział por. Mazura [Tadeusza Siemiątkowskiego], obsadzający domy po przeciwnej tronie Żelaznej i domy przy ul. Chmielnej, a na prawo od naszych pozycji, w rejonie Miedzianej i Srebrnej, niewielki oddział pchor. Molmara [Marka Moliera]. Przeprowadziliśmy udane rozpoznanie bojowe nieprzyjaciela oraz stoczyliśmy kilka pomyślnych potyczek. Rozbiliśmy samochód z niemieckimi żołnierzami, zdobyliśmy trochę broni i amunicji, m.in. karabin maszynowy typu MGD (Dreiser).

Ranek zastał na tym terenie Oddział Powstańczy AK w pełni zdolny do walki, świadomy swych celów i zadań, zorganizowany i dowodzony.


2 sierpnia


Z placówek w domach wzdłuż ul. Chmielnej sformowałem I pluton pod dowództwem ppor. Piotra, z placówek wzdłuż ul. Twardej - II pluton chor. Kulińskiego, zaś z placówek wzdłuż ul. Żelaznej oraz oddziału saperów Minera - pluton, któremu nie wyznaczyłem dowódcy, a który pozostając pod opieką d-cy kompanii, miał być dowodzony przez jednego z jego oficerów dyspozycyjnych.

Przybliżony skład kompanii przedstawiał się następująco:

dowództwo kompanii, w tym dowódca ppor. Zdunin - 10

oficerowie dyspozycyjni,

rtm. Buńczuk [Tadeusz Zaborowski],

por. Karol [Karol Reinhold Raszke],

ppor. Zyga [Zygmunt Wernik],

drużyna dowódcy,

I pluton, w tym dowódca ppor. Piotr - 44

drużyna pchor. Lubicza (20 osób),

drużyna pchor. Krzysztofa (14 osób),

drużyna pchor. Jura [Jerzy Biernacki] (10 osób),

II pluton, w tym dowódca chor. Kuliński - 36

drużyna sierż. Hiszpana (16 osób),

drużyna plut. Bruneta [Kazimierz Gąsiorowski] (12 osób),

drużyna kpr. Wawra (8 osób),

III pluton - 50

drużyna pchor. Janosika (20 osób),

drużyna strz. Generała (14 osób),

drużyna plut. Minera (16 osób),

W składzie kompanii, liczącej około 136 osób, było 6 oficerów oraz 130 podchorążych, podoficerów i szeregowców, w tym 10 kobiet (sanitariuszek i łączniczek), wśród nich jedna starsza już pani, żołnierz konspiracji, matka młodego żołnierza, Prusa [Tadeusza Więckowskiego] z drużyny Krzysztofa. Była to łączniczka Baśka [Halina Prus-Więckowska], którą chłopcy nazywali Baśką Prusową...

Byliśmy już lepiej uzbrojeni, gdyż zdobycze nocne wyraźnie poprawiły naszą tragiczną sytuację z dnia poprzedniego. Mieliśmy dwa karabiny maszynowe, kilka pistoletów maszynowych, pewną ilość karabinów, więcej pistoletów i sporo granatów, głównie naszej konspiracyjnej produkcji oraz skromny zapas amunicji, pozwalający jednak na prowadzenie walki.


ZBIGNIEW JERZY BRYM

ZDUNIN”


wg: Żelazna Reduta. Kompania Zdunina w Powstaniu Warszawskim Zgrupowaniu “Chrobry II”. - Pelplin 1997, Wydawnictwo Bernardinum, ss. 373, wybór fragmentów i tytuły - red. GŁOSU