Polski Orzeł nad Ryvangen

Notatnik z Danii


Pośród starych drzew nad Ryvangen znajduje się cmentarz bohaterów podziemnej armii. U stóp pomnika “Piety” wiele nagrobnych, kamiennych płyt. Na jednej z nich napis “Lucjan Masłocha. Leutnant. Fostestyrmand. 15 Juni 1912 – 3 Januar 1945.” [...]


Masłocha po ucieczce z obozu przekroczył granice Danii i idąc nocami, dotarł do miasteczka Andersena – do Odense. Mieszkał tu polski ksiądz nazwiskiem Jaworski. Od niego otrzymał ubranie, pieniądze i adres Ignaczaka, o który pytał. Przekradał się przez całą Danię, od czasu do czasu tylko korzystając z kolei. Kiedy wreszcie dotarł do Kopenhagi i zjawił się w mieszkaniu Ignaczaka, miał buty o zupełnie zdartych podeszwach i strasznie poranione nogi. Poza tym - niezaleczoną ranę po trzech zębach, które w obozie wybił mu kolbą gestapowiec. Przeleżał trzy tygodnie.

Ignaczak pracował w duńskim wywiadzie i dał przyjacielowi kontakt z szefem, który nosił pseudonim “Bior”. W ten sposób Lucjan Masłocha został żołnierzem duńskiego Ruchu Oporu w randze porucznika. Przeszkolenie wywiadowcze odbył w Szwecji, dokąd przemycono go na statku z piwem, który codziennie odchodził z browaru w Helsingor do Malmo i Helsingborgu. Ze zrzutu dostał angielską radiostację i sprzęt. Zainstalował się w Kopenhadze i odtąd zbierał pracowicie meldunki od duńskich łączników, odbierał wiadomości z Polski, które wywiad z kraju przesyłał na statkach wychodzących z Gdyni do Kopenhagi.

Mały generał’ przekazywał je dalej – do Anglii. Codziennie prawie pracował wieczorem przy radiostacji, informując dowództwo aliantów o rozmieszczeniu niemieckich sił zbrojnych w Danii, o magazynach broni, obiektach mających znaczenie wojskowe... Co miesiąc prawie musiał zmieniać mieszkanie.

W tym czasie właśnie poznał Annę Luizę Mogensen. Odtąd zaczyna się wątek romantyczny w tej całej historii, ale pisanie o miłości nie jest rzeczą reporterów [...]

Zbliża się koniec wojny. Ten rok będzie na pewno rokiem wyzwolenia – powiadają sobie przyjaciele, spełniając toasty w sylwestra 1944. Pierwszego stycznia 1945 w kościele katolickim Ansgarkirke odbył się ślub Lucjana Masłochy i Anny Luizy Mogensen. [...]

3 stycznia wieczorem znowu pracowała radiostacja. Przed drzwiami willi stanęli gestapowcy, gospodyni otworzyła. Dziś właściwie trudno odtworzyć z całą pewnością wszystkie szczegóły. Faktem jest, że wywiązała się strzelanina. Anna Luiza wyjęła z medalionu cyjankali. Niemcy posłali całą serię przez zamknięte drzwi do pokoju Masłochy. Potem wersje opowieści się różnią. Ignaczak powiada, że “Mały Generał” zginął na miejscu przeszyty serią przez piersi, że później znaleziono w jego ciele 88 kul. Mała Mik (Mik Scocozza z domu Mogensen) znowu twierdzi, że wówczas został jedynie ranny w nogę i płuca, a gestapowcy przewieźli go do więzienia Schellhusset. Tam podobno obiecywali uratować mu życie, jeśli będzie chciał mówić, zeznawać. Odmówił i parę godzin później już nie żył.

Do dziś pozostają właściwie niewyjaśnione przyczyny przyjścia gestapowców do willi. Ignaczak twierdzi, że była to omyłka, gdyż gestapo szukało wówczas kogo innego, tylko Masłocha nie wytrzymał nerwowo i pierwszy wystrzelił. Mik powiada, że gestapo zadzwoniło do willi umówionym sygnałem i tylko dlatego gospodyni otworzyła. Wynikałoby z tego, że ktoś zdradził. [...]

Dwie płyty – Lucjana Masłochy i jego żony leżą tuż obok siebie. Jego grób oznaczony jest polskim orłem, jej duńskimi lwami. Jedyny cudzoziemiec na cmentarzu duńskich bojowników ma wyryty na płycie nagrobnej napis “Za wolność Naszą i Waszą”. Iluż Polaków ginęło za nią na wyspach brytyjskich, na fiordach Narwiku, piaskach Sahary – i nawet na duńskiej wyspie Zelandii, w mieście, które nic nie ucierpiało podczas wojny – w Kopenhadze. Wydaliśmy zbyt wielu bohaterów, a zostało nas za mało, aby o wszystkim na co dzień pamiętać.


Janusz Roszko

Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza (Londyn) nr 273 z 1958 roku. Wybór fragmentów - redakcja

Strona tytułowa numeru